1. pl
  2. en

Nepal
Zatłoczone Kathmandu oraz przygoda w Himalajach

Port lotniczy w Katmandu. Hala odlotów. Szumna nazwa dla pomieszczenia, które, swoim wyglądem, bardziej przypomina odrapaną oborę, niż miejsce, w którym nasza Przygoda zaczyna się na dobre. Panuje tu niesamowity klimat - chaos, pomieszany z podnieceniem i strachem. Wygląda to trochę, jak przygotowanie wojsk do bitwy powietrznej, połączone z planem desantu spadochroniarzy.

Jedź z nami!!!

Bramki otwierają się i wsiadamy do autobusów. Jeśli ktoś oglądał film „Szeregowiec Ryan”, to jest to idealna analogia sceny, w której żołnierze są ładowani do łodzi. Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek tutaj wie, do którego samolotu ma nas zawieźć i, czy to, kto gdzie poleci, nie będzie dziełem zupełnego przypadku... Panuje tu chaos, z którym mieszają się nasza ekscytacja i adrenalina.

Samoloty, mające zabrać nas do Lukli, stoją w szeregu niczym na lotniskowcu i czekają na swoich pasażerów. Ryczące silniki, zapach spalin i paliwa lotniczego. Zamieszanie, ogólna dezorganizacja, ale, jednocześnie, ogromne podniecenie.

Podchodzę do samolotu. W drzwiach wita mnie przepiękna nepalska stewardessa. Mam ogromne szczęście, że, podczas moich dziewiczych lotów, te kobiety, niczym anioły, umilają mi podróż swoją obecnością. Zajmujemy, po kolei, miejsca na pokładzie. Atmosfera jest nerwowa, a kadłub samolotu niemalże ocieka emocjami.

Maszyna rusza na pas startowy. To faktycznie wygląda niczym wylot na wojnę - stalowe ptaki, jak na rozkaz, ruszają, jeden za drugim. Samolot powoli rozpędza się a pilot sprawdza silniki. Wszystkiemu towarzyszy głośny warkot i drgania kadłuba. Wszystko się trzęsie, zgrzyta, trzeszczy i telepie. Zastanawiam się, czy powiedzieć pilotowi o jakiejś odkręconej śrubie, wibrującej gdzieś nad moją głową, ale, zapewne, nie ma ona wpływu na sztywność kadłuba i służy tylko za grzechotkę. W sumie, to telepie się tutaj wszystko, więc może, kiedy już będziemy w powietrzu, dokręcę tę śrubkę... Po kilku testach pracy silników pilot kieruje maszynę na pas startowy i zaczyna nabierać prędkości. 

Moment oderwania samolotu od ziemi jest praktycznie niewyczuwalny. Sądzę jednak, że to bardziej zasługa pilota niż maszyny, której zestrojenie jest raczej dalekie od ideału.

Ten człowiek mógłby sterować myśliwcem bojowym i, jednocześnie, drugą ręką drapać się po tyłku. Start był niesamowicie opanowany, natomiast ciekawi mnie, jak on chce tym pudłem wylądować?

Przelatujemy nad Katmandu. Widoczna z góry szara, brzydka stolica Nepalu wygląda, jakby za chwilę miała się rozpaść.

Tymczasem pilot naszej małej konserwy robi kilka zwrotów i obiera kurs w stronę Himalajów. Po krótkiej chwili zaczynają się widoki gór, o których marzyłem od bardzo dawna. Pierwsze fotografie najwyższych szczytów świata zostają nam przerwane przez gwałtowne turbulencje. Nagłe zmiany wiatru miotają naszym „kukuryźnikiem”, który zdany jest w tej chwili na łaskę żywiołów. Za chwilę kolejny silny podmuch; samolot przez chwilę leci bokiem, po czym gwałtownie obniża lot i, zaraz potem, podnosi się znowu. Rewelacja!!! 

Wśród pasażerów i załogi zaczyna się poruszanie. Zbliżamy się do Lukli. To lotnisko ma najkrótszy pas startowy na świecie. Z jednej strony ogranicza go pionowa skalna ściana, z drugiej - zieje pod nim ogromna przepaść. Lądowanie rozklekotaną maszyną w takim miejscu, powoduje, że na chwilę zapominamy o oddychaniu, mruganiu i innych niezbędnych do życia czynnościach. Przez małe okienko widzę jak zbliżamy się do ziemi. Obecność skalnej ściany, zamykającej pas startowy uświadamia mi, że to, czy nie zostanie z nas krwawa miazga, zależy wyłącznie od umiejętności człowieka, który siedzi za sterem... W sumie nie wiem nawet kiedy, koła samolotu dotykają pasa startowego.

Piloci, którzy latają na tej trasie, bezapelacyjnie wykazują się prawdziwym mistrzostwem i opanowaną do perfekcji sztuką panowania nad maszynami. Ekstremalne warunki, w których pracują wymagają od nich ekstremalnie wysokiego poziomu umiejętności. Jak dla mnie – 10/10. 

Kiedy samolot zatrzymuje się, wszyscy, spontanicznie reagujemy salwą oklasków. Gratulujemy pilotom, otrzymując w podziękowaniu ich szczere uśmiechy i pozdrowienia. Żegnani przez piękną stewardessę, wychodzimy na płytę portu lotniczego w Lukli. Pracownicy lotniska w pośpiechu przepędzają pasażerów, niczym stado bydła. Co im tak śpieszno..?! Nie mija minuta i pojawia się odpowiedź: na pasie startowym ląduje kolejny samolot. Po chwili kolejny i kolejny... Lekko oszołomieni, obserwujemy to desantowe tempo, po czym, w ogólnym chaosie, udajemy się do hali przylotów odebrać nasze bagaże.

Bramki otwierają się i wsiadamy do autobusów. Jeśli ktoś oglądał film „Szeregowiec Ryan”, to jest to idealna analogia sceny, w której żołnierze są ładowani do łodzi. Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek tutaj wie, do którego samolotu ma nas zawieźć i, czy to, kto gdzie poleci, nie będzie dziełem zupełnego przypadku... Panuje tu chaos, z którym mieszają się nasza ekscytacja i adrenalina.

Samoloty, mające zabrać nas do Lukli, stoją w szeregu niczym na lotniskowcu i czekają na swoich pasażerów. Ryczące silniki, zapach spalin i paliwa lotniczego. Zamieszanie, ogólna dezorganizacja, ale, jednocześnie, ogromne podniecenie.

Podchodzę do samolotu. W drzwiach wita mnie przepiękna nepalska stewardessa. Mam ogromne szczęście, że, podczas moich dziewiczych lotów, te kobiety, niczym anioły, umilają mi podróż swoją obecnością. Zajmujemy, po kolei, miejsca na pokładzie. Atmosfera jest nerwowa, a kadłub samolotu niemalże ocieka emocjami.

Maszyna rusza na pas startowy. To faktycznie wygląda niczym wylot na wojnę - stalowe ptaki, jak na rozkaz, ruszają, jeden za drugim. Samolot powoli rozpędza się a pilot sprawdza silniki. Wszystkiemu towarzyszy głośny warkot i drgania kadłuba. Wszystko się trzęsie, zgrzyta, trzeszczy i telepie. Zastanawiam się, czy powiedzieć pilotowi o jakiejś odkręconej śrubie, wibrującej gdzieś nad moją głową, ale, zapewne, nie ma ona wpływu na sztywność kadłuba i służy tylko za grzechotkę. W sumie, to telepie się tutaj wszystko, więc może, kiedy już będziemy w powietrzu, dokręcę tę śrubkę... Po kilku testach pracy silników pilot kieruje maszynę na pas startowy i zaczyna nabierać prędkości. 

Moment oderwania samolotu od ziemi jest praktycznie niewyczuwalny. Sądzę jednak, że to bardziej zasługa pilota niż maszyny, której zestrojenie jest raczej dalekie od ideału.

Ten człowiek mógłby sterować myśliwcem bojowym i, jednocześnie, drugą ręką drapać się po tyłku. Start był niesamowicie opanowany, natomiast ciekawi mnie, jak on chce tym pudłem wylądować?

Przelatujemy nad Katmandu. Widoczna z góry szara, brzydka stolica Nepalu wygląda, jakby za chwilę miała się rozpaść.

Tymczasem pilot naszej małej konserwy robi kilka zwrotów i obiera kurs w stronę Himalajów. Po krótkiej chwili zaczynają się widoki gór, o których marzyłem od bardzo dawna. Pierwsze fotografie najwyższych szczytów świata zostają nam przerwane przez gwałtowne turbulencje. Nagłe zmiany wiatru miotają naszym „kukuryźnikiem”, który zdany jest w tej chwili na łaskę żywiołów. Za chwilę kolejny silny podmuch; samolot przez chwilę leci bokiem, po czym gwałtownie obniża lot i, zaraz potem, podnosi się znowu. Rewelacja!!! 

Wśród pasażerów i załogi zaczyna się poruszanie. Zbliżamy się do Lukli. To lotnisko ma najkrótszy pas startowy na świecie. Z jednej strony ogranicza go pionowa skalna ściana, z drugiej - zieje pod nim ogromna przepaść. Lądowanie rozklekotaną maszyną w takim miejscu, powoduje, że na chwilę zapominamy o oddychaniu, mruganiu i innych niezbędnych do życia czynnościach. Przez małe okienko widzę jak zbliżamy się do ziemi. Obecność skalnej ściany, zamykającej pas startowy uświadamia mi, że to, czy nie zostanie z nas krwawa miazga, zależy wyłącznie od umiejętności człowieka, który siedzi za sterem... W sumie nie wiem nawet kiedy, koła samolotu dotykają pasa startowego.

Piloci, którzy latają na tej trasie, bezapelacyjnie wykazują się prawdziwym mistrzostwem i opanowaną do perfekcji sztuką panowania nad maszynami. Ekstremalne warunki, w których pracują wymagają od nich ekstremalnie wysokiego poziomu umiejętności. Jak dla mnie – 10/10. 

Kiedy samolot zatrzymuje się, wszyscy, spontanicznie reagujemy salwą oklasków. Gratulujemy pilotom, otrzymując w podziękowaniu ich szczere uśmiechy i pozdrowienia. Żegnani przez piękną stewardessę, wychodzimy na płytę portu lotniczego w Lukli. Pracownicy lotniska w pośpiechu przepędzają pasażerów, niczym stado bydła. Co im tak śpieszno..?! Nie mija minuta i pojawia się odpowiedź: na pasie startowym ląduje kolejny samolot. Po chwili kolejny i kolejny... Lekko oszołomieni, obserwujemy to desantowe tempo, po czym, w ogólnym chaosie, udajemy się do hali przylotów odebrać nasze bagaże.

Jedź z nami!!!

Bramki otwierają się i wsiadamy do autobusów. Jeśli ktoś oglądał film „Szeregowiec Ryan”, to jest to idealna analogia sceny, w której żołnierze są ładowani do łodzi. Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek tutaj wie, do którego samolotu ma nas zawieźć i, czy to, kto gdzie poleci, nie będzie dziełem zupełnego przypadku... Panuje tu chaos, z którym mieszają się nasza ekscytacja i adrenalina.

Samoloty, mające zabrać nas do Lukli, stoją w szeregu niczym na lotniskowcu i czekają na swoich pasażerów. Ryczące silniki, zapach spalin i paliwa lotniczego. Zamieszanie, ogólna dezorganizacja, ale, jednocześnie, ogromne podniecenie.

Podchodzę do samolotu. W drzwiach wita mnie przepiękna nepalska stewardessa. Mam ogromne szczęście, że, podczas moich dziewiczych lotów, te kobiety, niczym anioły, umilają mi podróż swoją obecnością. Zajmujemy, po kolei, miejsca na pokładzie. Atmosfera jest nerwowa, a kadłub samolotu niemalże ocieka emocjami.

Maszyna rusza na pas startowy. To faktycznie wygląda niczym wylot na wojnę - stalowe ptaki, jak na rozkaz, ruszają, jeden za drugim. Samolot powoli rozpędza się a pilot sprawdza silniki. Wszystkiemu towarzyszy głośny warkot i drgania kadłuba. Wszystko się trzęsie, zgrzyta, trzeszczy i telepie. Zastanawiam się, czy powiedzieć pilotowi o jakiejś odkręconej śrubie, wibrującej gdzieś nad moją głową, ale, zapewne, nie ma ona wpływu na sztywność kadłuba i służy tylko za grzechotkę. W sumie, to telepie się tutaj wszystko, więc może, kiedy już będziemy w powietrzu, dokręcę tę śrubkę... Po kilku testach pracy silników pilot kieruje maszynę na pas startowy i zaczyna nabierać prędkości. 

Moment oderwania samolotu od ziemi jest praktycznie niewyczuwalny. Sądzę jednak, że to bardziej zasługa pilota niż maszyny, której zestrojenie jest raczej dalekie od ideału.

Ten człowiek mógłby sterować myśliwcem bojowym i, jednocześnie, drugą ręką drapać się po tyłku. Start był niesamowicie opanowany, natomiast ciekawi mnie, jak on chce tym pudłem wylądować?

Przelatujemy nad Katmandu. Widoczna z góry szara, brzydka stolica Nepalu wygląda, jakby za chwilę miała się rozpaść.

Tymczasem pilot naszej małej konserwy robi kilka zwrotów i obiera kurs w stronę Himalajów. Po krótkiej chwili zaczynają się widoki gór, o których marzyłem od bardzo dawna. Pierwsze fotografie najwyższych szczytów świata zostają nam przerwane przez gwałtowne turbulencje. Nagłe zmiany wiatru miotają naszym „kukuryźnikiem”, który zdany jest w tej chwili na łaskę żywiołów. Za chwilę kolejny silny podmuch; samolot przez chwilę leci bokiem, po czym gwałtownie obniża lot i, zaraz potem, podnosi się znowu. Rewelacja!!! 

Wśród pasażerów i załogi zaczyna się poruszanie. Zbliżamy się do Lukli. To lotnisko ma najkrótszy pas startowy na świecie. Z jednej strony ogranicza go pionowa skalna ściana, z drugiej - zieje pod nim ogromna przepaść. Lądowanie rozklekotaną maszyną w takim miejscu, powoduje, że na chwilę zapominamy o oddychaniu, mruganiu i innych niezbędnych do życia czynnościach. Przez małe okienko widzę jak zbliżamy się do ziemi. Obecność skalnej ściany, zamykającej pas startowy uświadamia mi, że to, czy nie zostanie z nas krwawa miazga, zależy wyłącznie od umiejętności człowieka, który siedzi za sterem... W sumie nie wiem nawet kiedy, koła samolotu dotykają pasa startowego.

Piloci, którzy latają na tej trasie, bezapelacyjnie wykazują się prawdziwym mistrzostwem i opanowaną do perfekcji sztuką panowania nad maszynami. Ekstremalne warunki, w których pracują wymagają od nich ekstremalnie wysokiego poziomu umiejętności. Jak dla mnie – 10/10. 

Kiedy samolot zatrzymuje się, wszyscy, spontanicznie reagujemy salwą oklasków. Gratulujemy pilotom, otrzymując w podziękowaniu ich szczere uśmiechy i pozdrowienia. Żegnani przez piękną stewardessę, wychodzimy na płytę portu lotniczego w Lukli. Pracownicy lotniska w pośpiechu przepędzają pasażerów, niczym stado bydła. Co im tak śpieszno..?! Nie mija minuta i pojawia się odpowiedź: na pasie startowym ląduje kolejny samolot. Po chwili kolejny i kolejny... Lekko oszołomieni, obserwujemy to desantowe tempo, po czym, w ogólnym chaosie, udajemy się do hali przylotów odebrać nasze bagaże.

Jedź z nami!!!

Bramki otwierają się i wsiadamy do autobusów. Jeśli ktoś oglądał film „Szeregowiec Ryan”, to jest to idealna analogia sceny, w której żołnierze są ładowani do łodzi. Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek tutaj wie, do którego samolotu ma nas zawieźć i, czy to, kto gdzie poleci, nie będzie dziełem zupełnego przypadku... Panuje tu chaos, z którym mieszają się nasza ekscytacja i adrenalina.

Samoloty, mające zabrać nas do Lukli, stoją w szeregu niczym na lotniskowcu i czekają na swoich pasażerów. Ryczące silniki, zapach spalin i paliwa lotniczego. Zamieszanie, ogólna dezorganizacja, ale, jednocześnie, ogromne podniecenie.

Podchodzę do samolotu. W drzwiach wita mnie przepiękna nepalska stewardessa. Mam ogromne szczęście, że, podczas moich dziewiczych lotów, te kobiety, niczym anioły, umilają mi podróż swoją obecnością. Zajmujemy, po kolei, miejsca na pokładzie. Atmosfera jest nerwowa, a kadłub samolotu niemalże ocieka emocjami.

Maszyna rusza na pas startowy. To faktycznie wygląda niczym wylot na wojnę - stalowe ptaki, jak na rozkaz, ruszają, jeden za drugim. Samolot powoli rozpędza się a pilot sprawdza silniki. Wszystkiemu towarzyszy głośny warkot i drgania kadłuba. Wszystko się trzęsie, zgrzyta, trzeszczy i telepie. Zastanawiam się, czy powiedzieć pilotowi o jakiejś odkręconej śrubie, wibrującej gdzieś nad moją głową, ale, zapewne, nie ma ona wpływu na sztywność kadłuba i służy tylko za grzechotkę. W sumie, to telepie się tutaj wszystko, więc może, kiedy już będziemy w powietrzu, dokręcę tę śrubkę... Po kilku testach pracy silników pilot kieruje maszynę na pas startowy i zaczyna nabierać prędkości. 

Moment oderwania samolotu od ziemi jest praktycznie niewyczuwalny. Sądzę jednak, że to bardziej zasługa pilota niż maszyny, której zestrojenie jest raczej dalekie od ideału.

Ten człowiek mógłby sterować myśliwcem bojowym i, jednocześnie, drugą ręką drapać się po tyłku. Start był niesamowicie opanowany, natomiast ciekawi mnie, jak on chce tym pudłem wylądować?

Przelatujemy nad Katmandu. Widoczna z góry szara, brzydka stolica Nepalu wygląda, jakby za chwilę miała się rozpaść.

Tymczasem pilot naszej małej konserwy robi kilka zwrotów i obiera kurs w stronę Himalajów. Po krótkiej chwili zaczynają się widoki gór, o których marzyłem od bardzo dawna. Pierwsze fotografie najwyższych szczytów świata zostają nam przerwane przez gwałtowne turbulencje. Nagłe zmiany wiatru miotają naszym „kukuryźnikiem”, który zdany jest w tej chwili na łaskę żywiołów. Za chwilę kolejny silny podmuch; samolot przez chwilę leci bokiem, po czym gwałtownie obniża lot i, zaraz potem, podnosi się znowu. Rewelacja!!! 

Wśród pasażerów i załogi zaczyna się poruszanie. Zbliżamy się do Lukli. To lotnisko ma najkrótszy pas startowy na świecie. Z jednej strony ogranicza go pionowa skalna ściana, z drugiej - zieje pod nim ogromna przepaść. Lądowanie rozklekotaną maszyną w takim miejscu, powoduje, że na chwilę zapominamy o oddychaniu, mruganiu i innych niezbędnych do życia czynnościach. Przez małe okienko widzę jak zbliżamy się do ziemi. Obecność skalnej ściany, zamykającej pas startowy uświadamia mi, że to, czy nie zostanie z nas krwawa miazga, zależy wyłącznie od umiejętności człowieka, który siedzi za sterem... W sumie nie wiem nawet kiedy, koła samolotu dotykają pasa startowego.

Piloci, którzy latają na tej trasie, bezapelacyjnie wykazują się prawdziwym mistrzostwem i opanowaną do perfekcji sztuką panowania nad maszynami. Ekstremalne warunki, w których pracują wymagają od nich ekstremalnie wysokiego poziomu umiejętności. Jak dla mnie – 10/10. 

Kiedy samolot zatrzymuje się, wszyscy, spontanicznie reagujemy salwą oklasków. Gratulujemy pilotom, otrzymując w podziękowaniu ich szczere uśmiechy i pozdrowienia. Żegnani przez piękną stewardessę, wychodzimy na płytę portu lotniczego w Lukli. Pracownicy lotniska w pośpiechu przepędzają pasażerów, niczym stado bydła. Co im tak śpieszno..?! Nie mija minuta i pojawia się odpowiedź: na pasie startowym ląduje kolejny samolot. Po chwili kolejny i kolejny... Lekko oszołomieni, obserwujemy to desantowe tempo, po czym, w ogólnym chaosie, udajemy się do hali przylotów odebrać nasze bagaże.

www designed by: Mariusz Zawada

logo designed by: Oskar Kuryło

redakcja: Mru

Skontaktuj się z nami:

Przycisk