1. pl
  2. en
Mattmark i Ussere Turu

Dzień Dziecka w Alpach.

Oto nadszedł przełom maja i czerwca. Zaśnieżone górskie szlaki, kruche skały, wszechobecne zagrożenie lawinowe i palące alpejskie słońce. To miało być przyjemne wejście na dwa, ewentualnie jeden czterotysięcznik, a jednak skończyło się zaledwie na liźnięciu, z daleka, Üssere Turu i to, i tak - rzutem na taśmę.

Zapraszamy.

11 czerwca 2019

Nasza trasa w Alpy Szwajcarskie za każdym razem, z grubsza wygląda tak samo. Lekko ponad tysiąc kilometrów, pokonywanych nocą, wysysa siły z najbardziej skupionych kierowców. Nasz cel jest dokładnie sprecyzowany i w samochodzie omawiamy jedynie ewentualne wariacje zatwierdzonego wcześniej planu. W drodze nie zawsze jest do kogo gębę otworzyć, bo kto nie powozi, ten kima albo pilotuje kierowcę i pilnuje jego samopoczucia. Regularne dostawy słusznych porcji ciepłej kawy, dobra muzyka i cięte żarty zapewniają wysoki poziom koncentracji nawet na najnudniejszych europejskich autostradach. Ufamy im obu. Kierowcy i pilotowi. Każdy z nas, na zmianę, jest jednym i drugim.

Świt zastał nas już na miejscu, w Mattmark. Wśród nas nie było takiego, który nie chciałby już wyjść z konserwy i rozprostować kości. Krótkie przystanki po drodze nie dają tyle komfortu, co konkretna rozgrzewka dociążonych plecakiem nóg, niosących ich właściciela ku stromym podejściom. Wtedy, w marszu, czuć ten przyjemny, satysfakcjonujący ból, a nie ten uciążliwy, wymuszony jedną pozycją w samochodowym fotelu. Chwila pomiędzy zrzuceniem cywilnego ubrania i przywdzianiem górskiej zbroi jest na tyle krótka, że nie sposób ani odpocząć, ani się rozgrzać. Słońce jest jeszcze zbyt nisko aby zaszczycić nas choć jednym promieniem, więc to my musimy piąć się w górę, żeby zaznać jego dobrodziejstwa.

Jest koniec maja, a - jak widać - zima uparcie nie chce ustąpić z wciąż pozamykanych dróg dojazdowych. Powoli, krok za krokiem, niczym przeładowana karawana wielbłądów, zbliżamy się do zapory, zbudowanej na jeziorze Mattmarksee. Idziemy oznaczonym skrótem, a nasze upchane plecaki przyjemnie ciążą, układając się na grzbietach. Zza poszarpanej linii górskich szczytów powoli zaczęły wyłaniać się pierwsze promienie słońca. Zatrzymaliśmy się na tamie, aby na moment uczcić tę krótką chwilę, w której mroki mijającej nocy ustępują miejsca światłu i ciepłu.

Woda w jeziorze Mattmarksee ledwie majaczy w towarzystwie skalistego dna. Z drugiej strony tamy, lśniące turkusową taflą jezioro za nic ma wpadające do niego ze szczytów potężne strumienie wody, która zaczyna uwalniać się z potężnych, wiosennych mas śniegu. Miną długie miesiące, zanim zapora faktycznie będzie musiała, całym swoim betonowym cielskiem, stawić opór napierającej wodzie. Wniosek nasuwa nam się sam: jeśli wody tu jeszcze nie ma, to znaczy, że jest zamknięta na zboczach w postaci śniegu i lodu. Dodatkowo, fakt potężnego nasłonecznienia uzmysławia całemu zespołowi, że ten marsz nie będzie łatwy, lekki i przyjemny. Zaczynamy przeczuwać zagrożenie, zanim jeszcze ktokolwiek pomyślał o lawinie. Kilka zdjęć i ruszamy dalej, kierując się w stronę zasypanego wejścia do tunelu. Nawet nie wiem, w którym momencie ostre promienie słońca zaczęły niemiłosiernie wypalać skórę na nieokrytych częściach naszych ciał. Wejście do tunelu daje nam chwilowe schronienie, a ja, korzystając z okazji, popełniam kilka efektownych zdjęć. 

Moment opuszczenia tunelu przytłacza jak dodatkowe kilogramy w plecaku, gdyż słońce ewidentnie uparło się, żeby nas dzisiaj żywcem usmażyć. Jest jeszcze przed południem, ale topniejący śnieg już od dawna jest grząski i ciężki. Kolejny znak niestabilności pokrywy śnieżnej. Poruszając się, początkowo wzdłuż południowego brzegu Mattmarksee, odbijamy w prawo, kierując się na wzgórze Schwarzbergchopf. Pierwotnie ustalony plan zakłada kontynuację marszu jego wschodnią stroną, jednak, po przejściu przez strumień szybko go zweryfikowaliśmy. Szlak jest zasypany, a zbocze o idealnym nachyleniu przykrywa taka warstwa śniegu, że jednym osunięciem mogłaby zapełnić kilka basenów pływackich. Jedyna, względnie bezpieczna droga, którą można dostać się na drugą stronę, to droga pod górę. Trasa usiana jest jednak luźnymi skałami i kolejnymi polami śnieżnymi, ale lepsze to niż pchać się prosto pod lawinową gilotynę.

Plecaki od dłuższego czasu ciążą nam coraz bardziej, a słońce powoli wtapia nasze kroki głębiej, w ciężki, mokry śnieg. Napotykamy też kilka trudności w kruchej skale ale udaje się je nam sprawnie ominąć. Kiedy docieramy na wierzchołek Schwarzbergchopf, zamiast euforii i nowych sił do walki, zalewa nas fala zwątpienia i rezygnacji. To byłoby na tyle z dojścia na jakikolwiek z dwóch wybranych czterotysięczników. Z punktu, w którym stoimy musielibyśmy zejść po bardzo niestabilnym zboczu, starając się go nie naruszyć, przy czym należałoby przejść po mocno nasłonecznionej części lodowca, żeby później wspiąć się ponownie na górę i rozbić obóz w miejscu które z kilku stron również narażone jest na osunięcie się lawiny. Jak się później okazało, podjęliśmy słuszną decyzję, bo w miejsca, do których planowaliśmy kontynuować marsz, spływały potoki rozpędzonych jak rydwany tumanów śnieżnego pyłu i kamieni. W ten oto sposób staliśmy się zdobywcami jakiegoś bezimiennego alpejskiego wzgórza, które posłużyło nam za przyczółek do dalszej akcji. 

Zaraz, zaraz... Jakiej akcji? Wobec zastanych warunków pogodowych i dużego zagrożenia lawinowego, weryfikacja planu jest absolutnie konieczna. Musimy coś wymyślić, ale najpierw odpalamy łopaty i ogarniamy sobie platformę pod wygodny nocleg. Umieram wręcz z głodu i za każdym razem, kiedy schylam się i prostuję, rozrzucając śnieg na lewo i prawo, mam zawroty głowy. Marzy mi się liofilizowane purée ale coś czuję, że chyba nie mam łyżki. Nie daje mi to spokoju, kiedy łopatuję kolejne bryły śniegu i w przerwach robię zdjęcia. W domu, po prostu wyjąłbym z szuflady kolejną łyżkę, ale tutaj muszę się martwić, czy przypadkiem nie została w słoiku po bigosie, który jadłem w drodze.

Kopanie zajęło nam mniej więcej godzinę, ale za to byliśmy bezpiecznie osłonięci od ewentualnego wiatru, a i niejeden z nas, wychodząc w nocy, po omacku, za potrzebą nie wypadnie za burtę. Koczownicy zaznaczyli już teren więc czas na gotowanie. Tylko gdzie jest moja łyżka, do cholery?! W tej chwili stwierdzam, że jestem bardziej głodny, niż kulturalny, więc daruję sobie zasady etykiety rodem z dworu królowej brytyjskiej i zjem to purée za pomocą… dekielka od kartusza gazowego. Potrzeba matką wynalazku, ot, co. Dumny z rozwiazania strategicznego problemu spałaszowałem ziemniaczaną papkę, do tego żelki, kawałek czekolady i kabanosa. Powyższy zestaw obiadowy zapiłem mrożoną herbatką, zakrapianą domowej roboty miętówką. Miętówka nie była moja, bo już nawet alkoholu nie noszę w góry. Miałem niegdyś w zwyczaju wlewać jakieś wyskokowe preparaty do piersiówki, ale wracały do domu w stanie nienaruszonym. Nie było kiedy i komu pić. Poza tym, odkąd samozwańczo mianowałem się fotografem i zacząłem dźwigać niezbędne do zdjęć klamoty, okazało się że trzeba powoli rezygnować z “dodatków” i skupić się na konkretach. Odpuścić namiot, linę, szpej? Raczej niemożliwe. Odpuścić aparat? Żart! Wolę nie pić. Tak oto, z wyboru, stałem się niepijący.

No, to jaki jest plan na dziś? Dzisiaj już idziemy w kimę i nie liczymy na wielkie wyczyny. Wiem, że w nocy wstanę i będę próbował robić zdjęcia Drogi Mlecznej. Kamil ma ten sam pomysł. Albo inaczej: to ja mam ten sam plan, co on. Nie ukrywajmy; nie bójmy się powiedzieć, że ktoś robi coś lepiej od nas, bo jeśli tak jest, to należy być na tyle zmotywowanym żeby podnosić swoje umiejętności, a nie psioczyć. Jedno jest pewne: zdjęcia rozgwieżdżonego alpejskiego nieba, w jego wykonaniu, z pewnością będą nieporównywalnie bardziej efektowne niż moje. Ale, co mi tam... Moje będą brzydkie jak kaczątko, jednak - mimo wszystko - moje, własne. O ile wystarczy baterii w aparacie, bo ten skubany prądożerca jest, jak stary silnik diesla. Co wlejesz, to przepali i woła o więcej. Wymiana lusterkowego Nikona na bezlusterkowy, leciutki i trochę zabawkowy aparacik Fujifilm nie przekonywała mnie do końca i nadal jestem sceptykiem takiego rozwiązania. Ta wszystkożerna świnia wciąż chce prądu! Strach przełączać na “ON” bo gotowy upier**lić rękę, która go karmi. 

Dochodzi 21.00, a tu jasno, jak w południe. Zmęczenie jednak bierze górę i, tuż po ustawieniu budzika na nocne focenie, wpadam w miękkie objęcia puchowego śpiwora w jednym z najpiękniejszych zakątków, w jakim dane mi było rozbić namiot. To poczucie wolności i niezależności, poczucie, że jestem częścią tego miejsca przynosi spokojny i zasłużony sen. Sen krótki, acz treściwy i pełen czarnego, twardego, konkretnego spania. Żadnych marzeń sennych i udziwnień. Sto procent snu we śnie.

Budzik zawył o pierwszej. W głowie od razu pojawił się dylemat: Wychodzić..? Warto..? Może, jednak olać te zdjęcia..? Ale, idąc po linii najmniejszego oporu, nie mamy szans na dostrzeżenie wokół niczego nowego.

Po krótkich dziesięciu sekundach wątpliwości, w których ciepło śpiwora biło się o miejsce z okazją do zrobienia nocnych zdjęć, rozpinam posłanie i wystawiam na zewnątrz nieco zdrętwiałe nogi. Ciut piździ, ale jest do wytrzymania. Wkładam spodnie, które zapobiegawczo umieściłem wcześniej w śpiworze i wsuwam stopy do zamarzniętych na kamień buciorów. Podnoszę tyłek z namiotu, a moim oczom ukazuje się niebo tak piękne, jakby specjalnie przygotowane do filmu o wytrawnych alpinistach. Kamil już czeka ze swoim sprzętem, więc, nie zwlekając, dołączam do niego i obaj celujemy swoje armaty ku górze. Mój aparat, przy jego lustrzance, wygląda raczej jak mały dobosz, przy potężnym żołnierzu. Obaj jednak czekają cierpliwie,w pierwszej linii, na sygnał do ataku. Wiadomo że dobosz niewiele ma do zaoferowania, ale będzie dzielnie szedł, ramię w ramię, aż… padnie mu bateria, co następuje natychmiast po uruchomieniu aparatu.

Mam kolejną w kieszeni i dzięki temu, że spała ze mną, jest na szczęście, w pełni naładowana i na tyle ciepła, że te nocne zdjęcia powinny się udać. Jeszcze tylko kilka wskazówek od mistrza i jestem gotów pstrykać. Wokół panuje przejmujący chłód, jednak, urzeczony potęgą i spokojem tego miejsca, nie zwracam na to specjalnej uwagi. Zwykłe, ośnieżone wzgórze, drzemiące gdzieś w głębi Alp, jest chwilową odskocznią od szarego i pogmatwanego problemami życia. Nacieszyć oczy i serce, napełnić się pozytywną energią na kolejne dni i tygodnie, można tylko tutaj - w górach.

Coś tam mi powychodziło, ale, że bateryjny łakomczuch włączył nocne podjadanie, postanawiam zostawić mu coś na deser. Wyłączam aparat i chowam się do namiotu. Chyba będę zadowolony z tych zdjęć, więc bez zbędnego ceremoniału wślizguję się do śpiwora i, upojony rozgwieżdżonym alpejskim niebem, zasypiam jak dziecko.

Poranek nastał dosyć szybko, a obudziło mnie kapanie skroplonej na poszyciu namiotu pary. Śpiwór jest nieco mokry, ja ciut zziębnięty ale za to, jaki piękny dzień się szykuje! Kuchenki odpalają się jedna po drugiej dając wężowaty syk który następnie zamienia się w szum zbliżony do strumyka. Jedna z nich, nieoczekiwanie wydaje jakiś kulawy dźwięk przypominający tłustą, pijaną, popierdującą muchę. Na takim palniku można co najwyżej opalić sobie włosy na rękach albo przypiekać płatki śniegu na brązowo. 

  • Stary, weź odetkaj to gówno, bo słuchać tego nie mogę! - odezwał się Kamil.

  • No zaraz, zaraz, k**wa! Daj jej chwilę, niech się rozkręci. - odpowiada Kicol.

Z tak zapchaną kuchenką, ugotowanie czegokolwiek na wysokości blisko trzech tysięcy metrów, jest jak próba przelewania wody za pomocą sitka. Ale w końcu palnik nabiera rozpędu i udaje się roztopić śnieg doprowadzając go do wrzenia.

Jemy śniadanie i powoli zwijamy się z obozu. Uprząż ze szpejem na dupę, lina na plecak a do środka jadło i napitek. Zabieram jeszcze trochę fotograficznego balastu, razem z ostatnią, na wpół wyczerpaną baterią. Niech tylko dociągnie do Üssere Turu i będę zadowolony. Kamil, ze swoim Pentaxem, nie ma takich dylematów, bo jeszcze nawet nie wykończył pierwszej baterii. No, nic. Ważniejsze jest bezpieczne ogarnięcie tego wejścia. Śnieg jest sypki, a droga pod szczyt nie napawa optymizmem. Powiem więcej: jest tak ch***wo, że zastanawiamy się czy ten pomysł jest wart podjęcia próby realizacji. Nikt z nas nie podchodzi do zbocza, zanim nie zbudujemy solidnego stanowiska. Solidnego, bo wykopane jest w mokrym i ciężkim śniegu. Czekan został wkopany dosyć głęboko, a próba wyrwania go, za pomocą przywiązanej w połowie styliska taśmy, utwierdziła nas w przekonaniu, że punkt wytrzyma. W wielu przypadkach, mocne, pozytywne myślenie głęboko wspomaga utrzymanie najtrwalszych stanowisk i zabezpieczeń, tak, jak podczas jednej ze wspinaczek, o której opowiadał mi kiedyś kolega. Kiedy wszedł na ścianę, osadzając sobie po drodze kości i przepiął się do zjazdu, cudem uniknął śmierci. Nie dość powiedzieć, że punkty mocowania asekuracji były wątpliwie wytrzymałe… One po prostu zjechały sobie, swobodnie po linie, jak gdyby nigdy nic. Sto procent czystego fartu. 

Po zamontowaniu stanowiska, Kicol poszedł jako pierwszy. Asekurowany na przyrządzie, mozolnie brnął w śnieżnej brei. Miał dotrzeć do wystających skał i tam zbudować stanowisko dla zapewnienia przejścia na poręczówce. W pewnym momencie wszyscy wstrzymaliśmy oddech, bo nasz brat - przodownik wpadł dosyć głęboko, w jakąś przykrytą śniegiem rozpadlinę. W jednej chwili blokada przyrządu i okrzyk: 

  • Kiicool! Żyjesz..?!

  • K**wa!!! Taaak!!! Jak stąd wyjść?!

Całe szczęście, wpadł tylko po pachy, ale mogło być znacznie gorzej. Chwilę mu zeszło, zanim wytarabanił siez powrotem na powierzchnię, ale w końcu stanął dumnie na nogach, zaklął coś pod nosem i ruszył naprzód. Zniknął na moment za skałą, kilka razy szarpnął za linę i ryknął: 

  • Gotowe!!! 

Na znak, że jest OK, wychylił łeb zza głazu i uniesionym w górę kciukiem potwierdził, że kolejny może się przeprawiać. Tomek, usiłując ominąć rozpadlinę, wpadł w nią w innym miejscu, ale również wyszedł z  tego bez szwanku. Wrypał się kawałek dalej, więc jasne było, że asekuracja w takim miejscu to konieczność.

Dawid, Kamil i ja przechodzimy bez większych problemów. Po drodze zwijamy szpej i idziemy pod górę. Można byłoby w tym momencie “żywcować”, iść na pałę, ryzykować, ale czy miałoby to sens? Ten cały przyjazd tutaj, przygotowania, szkolenia itd.? Nie jesteśmy tu po to, by zginąć tylko by żyć. Tu i teraz jest czas na trening, więc zamiast grać rewolwerowca, który przed całym miasteczkiem pada na plecy, wraz ze swoim przepięknie zdobionym Coltem, w błyszczących kowbojkach z ostrogami, lepiej skupić się na tym co faktycznie dzieje się w danej chwili.

Jak pięknie wyglądają Alpy w pełnym słońcu? Zdjęcia oddają zaledwie część klimatu tych krajobrazów, a skupienie uwagi na czyhającym w śnieżnych masach niebezpieczeństwie jest tak trudne, jak trudno jest oprzeć się widokowi pięknych kobiet. Na wzgórzu, skąd doskonale widać już Allalinhorn, z jego górną stacją kolejki oraz schroniskiem Britania na północy, nie możemy wyjść z podziwu. Jakby nagle brak tlenu przestał doskwierać, a w płucach pojawiło się nowe, świeże powietrze, dające siłę na dalsze podejście. Stoimy w bezruchu dłuższą chwilę, urzeczeni jak dzieci, które gapią się z opadniętymi szczękami, na przejeżdżający obok wózek pełen lodów i waty cukrowej. Sam, zanim się ogarnąłem, że wypadałoby wyjąć aparat, musiałem dłuższą chwilę pooddychać tym nowym, lepszym miejscem.

Przed nami rozpościera się spory nawis śnieżny, po którym trzeba przejść, żeby dostać się pod ścianę pośrednią, prowadzącą na szczyt Üssere Turu. Wszyscy - jak te dzieci, prowadzone za rączkę - ruszyliśmy w kierunku zachodnim. Jeszcze nam ślina nie przestała dobrze kapać z pysków, od tych zalanych słońcem krajobrazów, kiedy w przypływie impuslu, krzyknąłem: 

- Dość! - chłopaki stanęli jak wryci i wybałuszyli na mnie zdumione ślepia. Jak wszyscy mówią, że idą, to przydałoby się, żeby choć jedna osoba, tak dla zasady zasiała ziarno obiekcji co do kontynuacji tego, co robimy. Tym razem byłem to ja, ale wcześniej, wielokrotnie, rolę tę, w różnych momentach, przejmował każdy z nas. W czym to pomaga? A, w tym, że nadmierny zachwyt, niejednokrotnie idzie w parze z głupotą i brawurą. Czasem, dzięki takiej mieszance, fartem udaje się zdobyć szczyt, ale, zazwyczaj, istnieje spore ryzyko, że taki hurraoptymizm skończy się wypadkiem. Wyjazd “zdobywczy” zamienił się w “szkoleniowy” więc uczymy się różnych zachowań, a nie tylko plątania węzłów na sznurkach.

Poszliśmy więc dalej, lekko ostudzeni, ale świadomi ryzyka. Kicol coś tam wspomniał o moim “wymięknięciu”, ale w formie żartu, więc i ja odpowiedziałem żartem, typu: może i jajka mi się gotują, w tym upale, ale do oceny sytuacji przyda się chłodna głowa. 

Siadamy sobie na chwilę, wyjmując z plecaków pogniecione batony, spęczniałe od różnicy ciśnień opakowania kabanosów i inne przyziemne pokarmy. Na ten moment, są one jednak postrzegane przez nasze żołądki, jako ekskluzywne potrawy, niemal dary od bogów. Korzystając z tej krótkiej chwili przerwy, spoglądamy łapczywym wzrokiem, na pobliską ściankę o niewielkiej trudności wspinaczkowej. W głowach kiełkuje nam zamiar pochłonięcia jej, niczym powyższych rarytasów, wyjętych chwilę wcześniej z dna plecaka. Poziom nakręcenia w naszych głowach, na zdobycie tego szczytu, nie ustępuje, więc obżarstwo odkładamy na potem. Kamil, prowadząc drogę, rozwija linę i osadza friendy. Jeden po drugim, w zastraszająco szybkim tempie, dostajemy się na szczyt tej pośredniej ściany, za którą naszym oczom ukazał się las… krzyży. ;)

Oczywiście, ukazał się wspaniały, majestatyczny Üssere Turu, jednak, ku naszej rozpaczy, już dla nas niedostępny. Wdrapywanie się i zjazd zajęłyby nam grubo ponad godzinę, a to zdecydowanie za długo, by potem jeszcze wracać przez niestabilne, sypiące się pola śnieżne. Należy jeszcze wspomnieć o pokonaniu kolejnego nawisu, który, na moje oko, aż się pali do skoku w dół. Wybraliśmy kiepski okres na takie wycieczki, lecz nikt nam nie powie, że nie było warto.

Powrót do bazy odbywa się dosyć szybko i w odrobinę nerwowej atmosferze, ale to tylko koleżeńskie wymiany zdań, z kwiecistymi epitetami na czele. Drogę powrotną poręczujemy tak, jak podczas wejścia i, niemal w mgnieniu oka, cały zespół przedostaje się do “bezpiecznej strefy”. W tym momencie moglibyśmy sobie usiąść, jak w bujanych fotelach, rozpocząć podziwianie okolicy i kontemplować sens istnienia, ale zwykły ludzki głód nie pozwoliłby nam na przemyślenia głębsze niż głębokość kubka z gotującą się wodą. Nawet pierdząca kuchenka Kicola nie irytuje, kiedy siedzimy, patrząc wygłodniałym wzrokiem na roztapiający się śnieg. Z zewnątrz wygląda to, zapewne, jakbyśmy całkowicie postradali zmysły. W komiksach, w takiej sytuacji pojawiają się zazwyczaj chmurki, w których uwidocznione są myśli postaci. W naszych pojawiłyby się kotlety, ziemniaki, jeszcze więcej kotletów i browary. To jeszcze zaledwie woda w garnku, a już cieszy, jak obiadek u mamusi.

Wypełniając wrzątkiem torebkę z liofilizatem, w magiczny sposób zamieniam suchy, bezduszny proszek w pyszną ziemniaczaną papkę. Jest to ostatni obiad, jaki, ze względu na konieczność redukcji wagi ekwipunku, wniosłem na górę. No, dobra... nie wniosłem, bo zapomniałem go z samochodu - tak samo, jak, zapomniałem o łyżce. Ale mam jeszcze jakieś żelki, batona i coś tam innego więc z głodu nie zdechnę. Po posiłku przyszła chwila na relaks, męskie kłótnie o źle sklarowaną linę oraz bliżej nieokreślone, durnowate gadanie o wszystkim i niczym. To też jest nieodłącznym elementem każdego wyjazdu, bo bez wymiany poglądów nie da się iść naprzód. Czasem śmiechem, a czasem zwykłym opier*****iem się nawzajem, jesteśmy w stanie wypracować sobie w ekipie specyficzny, zbalansowany, wewnętrzny mikroklimat. Wisimy na jednej linie, razem śpimy, jemy i przebywamy ze sobą non stop. Każdy ma swój charakter i oddzielne spojrzenie na świat, więc czasem zdarzy nam się ostra wymiana zdań, która w ostatecznym rozrachunku, wprowadza nas na wyższy poziom wiedzy o sobie nawzajem, a także - co chyba najważniejsze - wiedzy o nas samych.

À propos wiedzy. Gdyby tak z oddali na nas spojrzeć, można byłoby wysnuć wniosek, że ci panowie chyba nie czują się do końca dobrze. Gestykulują do siebie, biegają po wzgórzu, jeden coś zakopuje, drugi za chwilę tego szuka. Zadeptali cały śnieg i znów coś zakopują i odkopują. Do tego jeden robi zdjęcia, jakby dokumentował to zdziczenie i szaleństwo, w celu publikacji badań naukowych, na łamach jakiegoś czasopisma o zdrowiu psychicznym. Nasza zabawa z detektorami lawinowymi bez lawiny mogła z boku właśnie tak wyglądać. Jak debilne gonitwy za wymyślonym króliczkiem. Jednak lepiej jest wyobrazić sobie króliczka i gonić  go w kontrolowanych warunkach, niż faktycznie mieć styczność z prawdziwą lawiną i musieć odkopywać kolegę.

Dokumentację fotograficzną z tychże manewrów ogarnia już tylko Pentax Kamila. Mój “bezużytkowiec” został bez prądu. Kamil nie musiał długo czekać na moją odpowiedź, kiedy zaproponował, że pożyczy mi na chwilę swój sprzęt. Niemal wyrwałem mu go z ręki i wpadłem na to udeptane pole archeologiczne niczym wściekły geodeta. 

Słońce nie spieszy się ku zachodowi, ale razem z jego przejściem na ciemną stronę, powoli zagląda do nas mróz. Termosy, (kto ma, ten ma) zapobiegawczo zostały wcześniej wypełnione gorącym płynem, żeby w nocy łyknąć w razie konieczności. Plan na jutro to zejście, jednak, jak się później okaże, nie będzie to takie łatwe, proste i przyjemne. Tymczasem pora na obserwację nocnego nieba, w komplecie ze wzmocnioną herbatą i męski żartem na naszych uśmiechniętych i rozbawionych twarzach.

Śpiwór, niemal przez całą noc nasiąkał wilgocią, z kiepsko wentylowanego namiotu. Całe szczęście, nic nie zakłóciło nam spokojnego, pięknego snu. Poranek nastał w jednej chwili i jednocześnie stał się południem. Na tej wysokości solarium otwierają bardzo wcześnie.

  • No to co? - zaczął Kicol. - Jemy, pakujemy się i zasypujemy dziurę po obozowisku?

  • Tak, tak, wiadomka. - Wszyscy zgodnie zawtórowali Kicolowi.

  • Ale jak to zakopać? - Tomek rozpoczął grubszą rozkminkę.

  • No... normalnie, łopatami. - Odrzekł Kicol, a pozostali kiwnęli głowami że tak właśnie to się odbywa.

Najedzeni, spakowani i ubrani w szpej, zaczynamy zakładać plecaki. W tym czasie Tomek chwyta za łopatę i chce szuflować śnieg z powrotem do naszej obozowej dziury.

  • Co Ty robisz?

  • Zakopuję...

  • Ale po co?

  • No jak to po co?! No przecież... O, wy ch***je!!! 

I wszyscy padliśmy ze śmiechu.

Zdecydowaliśmy, że schodzimy inną drogą, niż ta, którą wchodziliśmy. Obejdziemy śnieg i, w razie potrzeby, będziemy zjeżdżali na linach.

  • No, ile tych zjazdów będzie? Dwa, góra trzy i jesteśmy na dole. Zamiast się bać, że

zjedziemy na dno doliny, razem z jakąś szybką lawiną, ominiemy cały śnieg i za jakieś dwie godziny będziemy przy tamie.

  • No, raczej. Ciśniemy tędy, tu gdzie nie ma śniegu. Potem za tą półką w lewo i tak do

końca.

  • No to dawajcie, bo już się roztapiam, a jeszcze poranek się nie skończył. - Po kilku wymianach zdań nie szło się doczepić do tak perfekcyjnie opracowanego planu.

Ruszyliśmy w dół i przez pierwsze pół godziny zeszliśmy dobre kilkaset metrów. Duma rozpychała nas od środka, że tacy jesteśmy fajni, sprytni i przygotowani. Dochodząc do sporej wielkości pola śnieżnego, o nachyleniu około czterdziestu stopni, stwierdziliśmy że tutaj asekurujemy się liną i szybko lecimy dalej. Nie ma co przeciągać. Taśma rurowa, stanowisko, raz, dwa i w krótkiej chwili cztery osoby lądują na dole. Ostatni zgarnia taśmę, przekłada linę przez wystający ząb skalny i zjeżdża. W tym czasie, już kolejny rusza na poszukiwania dalszej drogi do zejścia. Maszyna nabrała rozpędu, a metry, w setkach, pozostały ponad nami. 

Napotykamy na pewien dosyć ryzykowny fragment, który musimy przetrawersować bardzo szybko i na jednym oddechu. Nie ma się do czego przywiązać. Kamienie są niestabilne, skała krucha, a nad nami wisi coś w rodzaju gignatycznej gilotyny. Mowa tu o magazynie śnieżnym, który zalega jakieś pięć metrów ponad obraną przez nas, na drogę powrotną, ścieżką. Śniegu tyle, co materiału na podbudowę drogi ekspresowej. Podłoże trawiaste, a poniżej widać że stąd już “coś” jechało, mieląc po drodze śnieg, kamienie, glebę, i pozostawiając za sobą kupę błota. Gdyby ta “gilotyna” miała teraz spaść… Nie myślę o tym teraz bo to bez sensu. Zbieram się do skoku i wyciskam ile sił w nogach. Do przejścia jest około dziesięć metrów, ale nie tracę czasu na dłubanie w nosie. Każdy, po kolei w ten sposób pokonuje odcinek i dopiero, kiedy wszyscy jesteśmy po drugiej stronie możemy spokojnie gubić wysokość.

Przychodzi pora na ponowne wykorzystanie lin i szpeju. Zjazd - około pięćdziesięciu metrów  i poszukiwania kolejnych, możliwych do zejścia dróg. Jest kilka opcji, lecz najbardziej trafnym okazuje się następny trawers, w kierunku północnym. Tomek z Dawidem ugrzęźli gdzieś na półce, z której nijak nie mogą zejść ani zjechać. Kicol pognał sprawdzić drogę, Kamil zatrzymał się na makrofotografię, a jak klaruję linę po zjeździe. Po trawersie kolejny zakos, w dół i na południe, potem następna półka, ostrożne zejście i tak dalej. Nagle słychać szum i to coraz bliżej. To nie strumyk, bo dźwięk jest coraz głośniejszy. Rumor kamieni, narastające dudnienie, a po chwili, przeraźliwy łoskot sypanego za naszymi plecami, niczym z potężnej wywrotki, żwiru.

  • Maaniek!!! - głos Kicola.

  • Nic mi nie jest! - odpowiadam.

  • Widziałeś to!?

  • Staary! Ja to czułem na kołnierzu!

Tak zjechała “gilotyna”. Tuż za naszymi plecami. Jeszcze, na pożegnanie, sypnęła nam po plecakach,, jakby chciała powiedzieć: “Ech… Nie trafiłam…” Czy było blisko..? Było cholernie blisko. Mieliśmy w zasięgu tak potężne niebezpieczeństwo, że dało się poczuć na karku ciężki oddech co najmniej ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Na szczęście, dalsze odcinki naszej drogi zejściowej omijały trasę lotu “ostrza”, co niebywale nas radowało. Za wszelką cenę staraliśmy się obejść ten zarezerwowany powietrzny korytarz.

Nadeszła pora na ostatni i chyba najdłuższy z możliwych wyciągów. W dole widać już biało-czerwone oznaczenie szlaku pieszego, więc jesteśmy, na oko, jakieś osiemdziesiąt metrów, w linii prostej, od normalnej drogi. Aby bezpiecznie uskutecznić dalsze zejście, musieliśmy założyć solidne stanowisko na jednym z największych wystających głazów. Zanim to nastąpiło, chcieliśmy go, we trzech poruszyć - ani drgnął. Skoro tak, to wydaje się, że siedzi i, na ten moment, nigdzie się nie wybiera. Trzeba tylko pamiętać, żeby kierować się na prawo od skały, bo jej położenie może wymuszać na linie lekki ruch ku krawędzi, a tego żaden z nas mógłby nie przeżyć. Dawid, wydłubując czekanem w skale łagodne rowki, solidnie zabezpieczył linę przed ewentualnym osunięciem. Jako ostatni do zejścia, tym bardziej będzie musiał zadbać o jej prawidłowe ułożenie w wyżłobieniu i, schodząc, kierować się w stronę przeciwną do grani. Pierwszy jedzie Kamil. Niby wszystko szło sprawnie, ale zaliczył solidne, energiczne spotkanie ze skałą i trochę się poobijał. Ja jadę drugi i, będąc już na dole, zabieram jego aparat żeby uwiecznić ten modelowy i pełen wdzięku wyciąg. Pięknie to wygląda z dołu. Od góry widok był jeszcze lepszy, jednak czas na wzniosłe emocje powoli się dla nas kończy. Całą ekipą lądujemy na bezpiecznym gruncie. Stąd już niedaleko do parkingu. Pomijając kilka zasp, trochę błota i nieznośnie palące słońce, to jedynym, w tym momencie, zagrożeniem mogą być dla nas wściekłe świstaki zombie.

Ta nasza droga na skróty, zamiast trzech godzin, trwała jakieś pół dnia, ale myślę że w efekcie całość wyszła lepiej, sprawniej i bezpieczniej, niż wędrowanie po niepewnym śniegu.

Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Oczywiście, w pierwszej kolejności, napełniwszy nasze wiecznie puste sakwy żołądkowe. Należało ponownie zmierzyć się z lekko monotonną i usypiającą trasą powrotną, która miała domknąć w klamrę naszą kolejną alpejską przygodę. 

Majestatyczne alpejskie szczyty, po raz kolejny dostarczyły nam porządnej dawki niesamowitej przygody i adrenaliny. Jeszcze mocniej zacieśniły więzi, dotarły ekipę i umożliwiły nam przeżycie zupełnie nowych, niezapomnianych doznań. Czy było warto..? Oczywiście, że tak! Czy wrócimy w Alpy? Koniecznie, jednak najpierw zweryfikujemy swoje plany i oczekiwania. Dostosujemy się do tego, co zaoferują nam góry, a potem, garściami, weźmiemy to sobie w całości.

www designed by: Mariusz Zawada

logo designed by: Oskar Kuryło

redakcja: Mru

Skontaktuj się z nami:

Przycisk