1. pl
  2. en

WEISSMIES VOL 2.

WRACAMY PO SWOJE... 

... czy uciekamy przed śmiercią?

PRZYSZEDŁ CZAS NAPRAWIĆ BŁĘDY.

Od ostatniego razu minął ponad miesiąc. Weissmies stał w tym samym miejscu, w którym widzieliśmy go ostatnio. Jak wryty, jak cwaniak spod budki z piwem. Nieco upojony czerwcowym słońcem, ale nadal groźny. Śniegi zeszły z niższych partii i udało się zrealizować plan podejścia z zapasem czasu. Powyżej schroniska niestety znów breja, jak świeża smoła. Wpadasz i nie wiesz czy się odkleisz od tego mazidła. Podejście kosztowało mniej sił i czasu, niż za pierwszym razem i ryjki od razu uśmiechnęły się po zerknięciu na zegarki.                                             Dwa namioty zaznaczyły nasz teren, a syk kuchenek przyniósł ze sobą zapachy obozowego żarcia. Trudno nazwać to jedzeniem, jednak wyobraźnia potrafi zrobić z tego danie jak z programu Makłowicza.                                                Ustawiamy budziki na 2:00 i zajęci każdy sobą kolejno kładziemy się spać. Sen to zbyt wygórowane słowo w momencie, kiedy głowa chce pęknąć. Zastanawiasz się nawet czy przypadkiem jej sobie nie odrąbać.                                                            Nie da rady wstać. Budziki na 4:00. To ostatni moment żeby zaatakować. Lekka drzemka doładowała nieco baterie, ale to tak, jakbyś zamienił stare na "nowe" stare baterie. Szpej był już przygotowany, więc z "popękaną" głową ubranie się poszło całkiem sprawnie. Dochodzimy do lodowca i pętamy się liną. Lodowiec jest brejowaty, bo noc była ciepła i nie miał okazji, żeby zamarznąć. Ścieżka wydeptana, szczelin brak, więc na górę mości Panowie. Kiedy zaczynamy iść w pionie lina staje się zbędna i od tej pory tempo dowolne. Przechodzimy pod potężnymi nawisami z nawianego i zamarzniętego śniegu. Porównać je można do ciężarówek uginających się od przeładowania. Są majestatycznie piękne i potężne, ale myśl wiodąca jest taka, że będziemy tędy wracali. Na ten widok, ciarki ze strachu biegną po plecach.

Dzielimy się dwójkowo i łapiemy wiatr w żagle. W sumie wieje tak, że wiatr chce ten bolący łeb urwać. Jednak czuć ten klimat gór wysokich, a wraz z wysokością proporcjonalnie wzrasta ból głowy. Piękne chwile, wprost idealne, na delektowanie się krajobrazem. Kiedy coś boli, wtedy wiesz, że żyjesz.

Droga na szczyt jest bardzo mozolna. Śnieg co prawda zmrożony, ale wiatr dmie, jak szkocki dudziarz i nie myśli przestać. Na grani prowadzącej do szczytu wieje tak, że mrozi gluty w nosie, a mimika twarzy ogranicza się do mrugania oczami. Ból gęby spowodowany mroźnym paraliżem, ból głowy oraz problemy oddechowe. To jest ta praca, którą przyjechaliśmy wykonać w górach.

Na szczycie spotykamy 3 alpinistów, ale są jakoś mało rozmowni. Ich kanarkowe ubranka lśnią nowością i widać że "zachód" ma dobry sprzęt. Coś kombinują, żeby zejść w kierunku grani do Lagginhorn, ale kończą zabawę i wracają normalnie.

My do zamarzniętych paszczy, przez kąciki ust, usiłujemy wlać nieco gorącej herbaty. Przez chwilę robi się przyjemnie ciepło, więc robimy fotki i ciśniemy w dół. Czas goni, słońce się rozkręca, a to oznacza kłopoty przy wiszących ciężarówkach ze śniegu i lodu. To nie było zejście. To był bieg. Słońce rozwiercało pokrywę lodową, a my w tempie sprinterów tylko w dół.

Poniżej wcale nie było bezpieczniej, bo nie od dziś wiadomo, że jeśli coś nad Tobą wisi to kiedyś musi spaść. Byle k....a nie dziś!

Widać już obóz, a żołądki domagają się czegoś do strawienia. Cokolwiek tam wrzucisz, zostanie zmielone jak w rozdrabniarce. Najważniejsze jest teraz skupienie, a nie myślenie o zapychaniu się.

Powrót "lodowcem"- brejowcem, wysysa ostatki sił, ale teraz już przynajmniej nie wieje i łeb nie pęka. Aklimatyzacja się powiodła. Powrót do namiotu zwieńczony jest głębokim łykiem, gęstego od procentów trunku. Udało się! W końcu! Można odpuścić i wyluzować. Radość zmieszana z poczuciem ulotności ludzkiego życia ogarnia nas, kiedy słyszymy i widzimy lawiny spadające w miejscach, przez które niedawno się przeprawialiśmy. Potężny łoskot i trzask, jakby na ziemię upadł olbrzym. Na szczęście o tej porze dnia nikt przy zdrowych zmysłach już nie wędruje.                                                W górach liczy się technika, kondycja, pokora, bla bla bla....         Liczy się czas! Cała zabawa polega na gonitwie z czasem. Im krócej jesteś eksponowany na niebezpieczeństwa, tym większa szansa, że wrócisz do domu. Żeby wygrać walkę z czasem musisz się przygotować na morderczą walkę ze sobą samym. Wygraj tą walkę, a wtedy przeciwności stracą na wartości.

www designed by M.Z.

Visit us:

Syców

Wrocław

Kędzierzyn-Koźle

New Quay in Wales

 

Contact with us:

 

 

+48 607 740 235

logo designed by Oskar Kuryło