1. pl
  2. en

LAGGINHORN 4010 M

01

Szczyt formy nie jest gwarancja szczytu

Wakacje były czasem dla rodzin, więc w górach działo się niewiele. Poza wspinaniem, trekkingiem, biegami i przygotowaniami nie działo się prawie nic.

Kolejny wyjazd do kraju obfitującego w górskie cele dla zuchwałych. Odwiedzamy go w lipcu z nowym członkiem zespołu. Wziął sobie chłopina nauki do serca i pomimo tego, że rozdziewiczał się w Alpach, to nie odstawał na krok. Braki doświadczenia w górach wysokich podciągał dziką orką kondycyjną i obserwacją. My "starzy", zaaklmatyzowani po poprzednim wyskoku na pobliski Weissmies, chcieliśmy łyknąć górę jak miętowego dropsa i wrócić do domu z kolejną historią o heroizmie, walce i górskim partnerstwie.

Skromny, jak na nasze możliwości skład dotarł w miejsce, które już dobrze znamy.

W końcu zaczynamy się rozkręcać, po latach dziwnej tułaczki z różnymi partnerami. Nareszcie zebrała się ekipa, z której każdy jest gotowy na Alpy.

Rozbicie obozu było poganiane przez deszcz. Lekkie biczowanie każdy lubi.

U podnóza ściany, którą mieliśmy atakować tej nocy stanęły dwa namioty. To miał być marsz po pewne zwycięstwo i, jeśli patrząc na to przez pryzmat zdobycia szczytu, to wszystko poszło jak należy. Niesamowite walory estetyczne dało się odczuć podczas pokonywania trudności.

SZCZYT DLA WYTRWAŁYCH

02

Zaciskaj zęby.

Dotykiem skały pochłaniamy drogę jakbyśmy zjadali ją ze smakiem. To smakowanie widoków skutecznie zaburza odczuwanie wysokości. Pomimo szczytowej formy jeden z nas miał spore problemy z zatraceniem się w pięknie gór, ale nie ma tu cieniasów i wszyscy z czymś walczymy. Zęby niemal starte od zaciskania.

- Jak do cholery!? No jak!?

- Co z nas za dziady?

- Takie dzieciaki nas wzięły? Dopiero co byli na dole, siema, siema i już są prawie na szczycie!

- No nic. Są szybsi i lepsi, a my jesteśmy dziadami.

Na ostatnich metrach robimy mały przystanek bo trzeba przepuścić powracających ze szczytu młodziaków. Miejscowi chłopcy wędrują sobie po Alpach od tygodnia. Wyspani, najedzeni i są u siebie. Tak to jest, kiedy całą noc jedziesz autem, potem cały dzień idziesz i w środku nocy wstajesz żeby wyruszyć. Jesz mało i skromnie, bo to przecież waży i po co nosić. Lepiej zabrać o jeden karabinek więcej niż nosić żarcie. Takie z nas dziady. Ostatecznie zapraszamy nowo poznanych kolegów do obozu na opróżnianie naszych piersiówek z rodzimych alkoholi i ruszamy dalej, bo czas goni, a szczyt tuż tuż.

Wielka radość!!! Lagginhorn jest nasz!!! Pogoda jest sprzyjająca, a my uradowani kolejnym czterotysięcznikiem! Poszło pięknie, ale chyba zbyt łatwo.

Schodzimy i to szybko, bo jest niemal południe i należy zejść, by uniknąć lawiny. Poniźej będziemy bardziej bezpieczni i tam odpoczniemy. Teraz trzeba zwiewać.

Jest nieco lepiej, kiedy dwa kije trekkingowe suną w dół po stoku i jeden z nich zatrzymuje się na skale. Słychać, jak ich właściciel uruchamia maszynkę do rzucania mięsem. Z ust lecą soczyste steki i befsztyki. Opuszczamy go na linie i udaje się uratowac jeden z jego ulubionych kijków. Drugi kij przepadł. Straty muszą być.

03

Za łatwo poszło.

Pod rakiem odłamuje się lód. Rak się ślizga i widzimy jak jeden z członków zespołu leci w dół. Nie zdążył krzyknąć, ale w porę wbił czekan i zatrzymał się. Od lotu na sam dół, do podnóża ściany zabrakło mu kilku metrów. Czekan w łapie i kask na łbie to podstawa.

Ma dziurę w nodze, bo podczas poślizgu wbił mu sie jeden z zębów raka. Przebił skórę i popłynęła srużka krwi. Mamy apteczkę, a nasz ratownik zakłada opatrunek i krwawienie ustaje.

Jeden niemal zdychajacy z bólu głowy, drugi zaś kaleki. Dwóch pozostałych musi obserwować kolegów i jednocześnie samemu się kontrolować.

 

Szczyt formy pozwolił skrócić marsz do 14 godzin i wrócić do obozu. Upadki, stłuczenia, otarcia, zwichnięcia, naderwania. To tylko nieliczne urazy z tego wyjazdu.

Szczytem zatem jest wrócić, a nie zdobyć szczyt, lecz tego nic nie zagwarantuje.

www designed by M.Z.

Visit us:

Syców

Wrocław

Kędzierzyn-Koźle

New Quay in Wales

 

Contact with us:

 

 

+48 607 740 235

logo designed by Oskar Kuryło